Beskidy MTB Trophy 2017

Wrażenia Tomka z Trophy . Ja dodam od siebie :

-Tomku więcej wiary w siebie a będzie jeszcze lepiej !!!!

Myśli o wyścigu etapowym chodzily mi po głowie praktycznie od początku przygody z tzw. kolarstwem czyli od 2014r. Będąc człowiekiem raczej ostrożnym  w ocenie swoich możliwości nie poświęcałem im jednak zbyt dużo czasu i uwagi. Po przejechaniu jednodniowego Salzkammergut Trophy dwa lata z rzędu i liźnięciu kilku maratonów w Górach Świetokrzyskich uznałem, że dalsze odwlekanie decyzji o etapówce będzie tylko stratą czasu. Miało to być w końcu  crème de la crème, najwyższy stopień wtajemiczenia dla każdego fana MTB, a do tej dyscypliny jakoś zawsze mi było bliżej niż do „szosy”. Tak oto postanowiłem zapisać się na Beskidy MTB Trophy. Jedną z dwóch owianych chyba największym kultem w polskim światku MTB imprez, o których do tej pory czytałem tylko w prasie branżowej jak o czymś, co w zasadzie nigdy nie ma prawa mi się przytrafić. To przecież Beskidy MTB Trophy i Sudety MTB Challange są uznawane powszechnie za jedne z najcięższych i najtrudniejszych wyścigów nie tylko w Polsce ale w Europie w ogóle. Pure MTB, na niedotkniętych cywilizacją terenach górskich, których w Europie zachodniej nie uświadczysz. To na te imprezy przyjeżdżają ludzie z Niemiec, Szwajcarii, Hiszponii, Holandii, Rosji i wielu innych krajów głodni prawdziwego górskiego wyzwania. Starzy wyjadacze, którzy szukają najtrudniejszych wyzwań, „konie” które są w stanie podjechać każde nachylenie. Gdzie mi tam do nich. No ale stało się, przelew poszedł, trzeba będzie się zmierzyć z legendą. W 2017r. Trophy miało odbyć się wyjątkowo późno, bo dopiero w połowie czerwca. To dobrze, więcej czasu na treningi i pogoda stabilniejsza. Jednym z przymiotów Beskidów miała być właśnie nieprzywidywalna aura.

Życie jak zwykle pisze swoje scenariusze i zamiast solidnie trenować ciało, prowadziłem bój o to aby treningi w ogole mogły się odbyć. Stare blizny z zaskakującą intensywnością dawały o sobie znać przez całą zimę i wiosnę. Treningi wypadały seriami a pierwsze wiosenne wyścigi kończyły się niedojechaniem do mety. Jakaś katastrofa. O ile baza kilometrowa nie stanowiła problemu, to z przewyższeniami powyżej 800m w tempie innym niż spacerowe nie było już tak kolorowo, a przecież Trophy to 4 dni w okolicach 2000m każdy! Jedyne co nastrajało mnie jakimkolwiek optymizmem, to fakt, że udało się przełamać praktycznie wszystkie blokady psychiczne jeśli chodzi o technikę jazdy i w zasadzie podchodzić do każdej przeszkody, czy zjazdu bez względu na nachylenie w pedałach. Po dwóch treningach z Adamem (AdiOstry.pl) na trasie XC w Nadmie i 3 edycjach MTBCrossMaratonu, czułem się na rowerze stabilnie i pewnie w 90% przypadków.

Dzień 1. Czantoria. 51,6km 2042m

Stojąc na starcie myślałem w zasadzie tylko o warunkach na trasie. Pogoda przez kilka poprzednich dni była w kratkę i najbardziej obawiałem się, że legendy o Beskidach staną się moim udziałem. Ruszyliśmy w zasadzie od razu pod górę, po paru kilometrach asfalt i szuter ustąpił miejsca typowej leśnej, górskiej drodze – stromo, korzenie, kamienie i mokro. Słabo, myślę ale trzymam się koła dziewczyn przede mną. Skoro one jadą to ja też muszę 😉 Tak nawiasem, to płeć piękna przyjeżdżająca na Trophy to jakiś inny gatunek. Jak teraz o tym myślę, to chyba nie widziałem żeby któraś schodziła z roweru jeśli tylko grawitacja jeszcze pozwalała podjeżdżać. Na długo zapamiętam słowa jednej z nich, kiedy pchając mozolnie mój rower pod 20% nachylenie ona walczyła obok cały czas w siodle: „Garmin pokazuje mi 0%, to jadę” ☺  Kilometry mijały, podjazdy, zjazdy. Dużo tego było. W górę czasami z buta, w dół zawsze ze spuchniętymi klamkami hamulców i sztywniejącymi z bólu palcami. Pies wam mordę lizał Shimano za serię 987. Ostatni podjazd, Kiczory przypomniał mi Salzkammergut 2015. Zrobiło się nadspodziwanie ciepło, a organizm zmęczony prawie 50km nie potrafił sobie poradzić z wentylacją. Tempo drastycznie spadło, a w sumie przyjemny rockgarden na szczycie zamiast cieszyć, niemiłosiernie irytował. Zjazd do mety był za to niesamowity. Organizm się wystudził a w głowie zwolniła się jakaś kolejna blokada, bo zacząłem korzystać z zawieszenia jak nigdy dotąd. Przelatywałem przez kolejne przeszkody i obok całych grupek zawodników jak natchniony, nawet na moment nie tracąc kontroli nad rowerem. Jeśli tak wygląda enduro, to zmieniam dyscyplinę.

19576794_1711018165604881_1914081088_o

 

Dzień 2. Rysianka. 62,3km 2102m

Drugi dzień przywitał nas deszczem i wizją popołudniowej burzy z opadem powyżej skali.  Dzięki  wyostrzającemu się cały czas do 8km podjazdowi, nie przeszkadzało nawet, że trochę pada. Tempo spokojne, równe, nikt nie starał się rwać zaraz od początku. Widać wszyscy wyciągnęli wnioski z pierwszego dnia. Założyłem to samo. Spokojnie, nawet lekko gdzie się da. Drugi dzień to jedna wielka niewiadoma dla mnie, nie tylko w kwestii czym zaskoczą góry ale przede wszystkim reakcji organizmu na kolejną dawkę takiego wysiłku. Kompletnie nie przeszkadzało mi, że etap wiódł głównie asfaltami, betonowymi płytami i szutrami. Było tego naprawdę sporo ale jakoś nikt nie narzekał jak w centrum kraju, że to nie MTB. Kiedy walczysz przez kilkadziesiąt kilometrów z nachyleniem ponad 15% asfalt jest wtedy Twoim najlepszym przyjacielem. W zasadzie gdyby nie podejście niebieskim szlakiem w połowie dystansu, etap można by porównać z alpejskimi trasami. Był chyba najmniej wymagający technicznie. No może poza „śmieciowym” zjazdem do drugiego bufetu, na którym dostałem w twarz chyba każdą wystającą gałezią jaka wisiała nad trasą. Metę przekroczyłem dziwnie rześki i podniecony. To już? Ten najdłuższy i najwyższy etap? Koniec? Nie to nie był koniec. Minutę po przekroszeniu mety ktoś odkręcił kran. Dosłownie. W ciągu kilku sekund z niema lunęła ściana wody. A od mety do miasteczka było dobre 4km. Cały entuzjazm prysł, bo wraz z burzą temperatura zaczęła spadać. To nie było miłe doznanie. Do samochodu dojechałem zmarznięty na kość, trzęsący się jak osika. Eh, góry…

19551388_1711018745604823_312174426_o

 

Dzień 3. Wielka Racza. 45,2km 1614m

Trzeciego dnia pogoda znowu rozdawała karty. Prognozy mówiły o ciągłym deszczu i 8 stopniach. No i jak się na to ubrać? Przeciwdeszczówka nie ma sensu, bo i tak nie wytrzyma 4-5h deszczu. Poza tym na pierwszym podjeździe sauna, przecież to nie oddycha. Druga sprawa, temperatura? Można niby założyć bieliznę termiczną ale każda kolejna warstwa, to mokra szmata, którą trzeba na sobie wieźć a wtedy z komfortem cieplnym nie ma to nic wspólnego. Ostatecznie idę po bandzie – grubsza potówka Danielo i standardowe „krótkie” ciuchy, rękawki i nogawki. Start, rozbieg do pierwszego podjazdu na Ochodzitą. Telepie mną jak błotnikiem w Ukrainie sołtysa. Koncept jest taki, że jak nie rozgrzeje mnie podjazd przy karczmie to wracam i odpuszczam. Na szczęście na szczycie nie pamiętam już nawet o tym postanowieniu i lecę szybko w dół. Ślisko jak pierun ale trzymam równowagę i robię swoje. Przez cały etap towarzyszą mi znajome sylwetki. To dobrze, łatwiej odpierać ataki natury. Jak w jakieś grze jesteśmy atakowanie coraz nowymi siłami ziemi. Dziesiątki rodzajów błota. Jak inuici o śniegu, możemy klasyfikować coraz nowe rodzaje. Błoto gęste, błoto rzadkie. Błot lepkie, błoto płynne. Błoto z wodą i woda z błotem. Błoto latające i błoto pryskające. Błoto hamujące i błoto napędzające. I najlepsze z nich wszystkich, błoto-kupa, normalnie dyzenteria na trasie. Kto był, ten wie 😉 Te wszystkie warunki sprawiły, że jakoś nie było czasu nawet zastanawiać się nad zmęczenie. Po prostu do przodu. Powoli, mozolnie, z kołami i napędem tak zalepionymi, że ledwo się to kręciło ale do przodu. Koniec etapu znowu w deszczu i znowu ok. 10km rozjazdu do miasteczka. Naprawdę nie wiem jakim cudem nie skończyło się to zapaleniem płuc.

19549659_1711019235604774_1072419992_o

 

Dzień 4. Klimczok. 47,6km 1976m

Ostatniego dnia, zapewne przedwcześnie czułem się już jak finisher, no bo co poza nieprzewidzianymi zdarzeniami mogłoby się stać po takich 3 etapach? Rano nie czułem się gorzej niż w poprzednie dni, pogoda miała być stabilna i dobra, charakterystyka tras była raczej powtarzalna. Tylko dojechać do mety. Nawet dojść jeśli będzie trzeba. Takie założenie nawet pojawiło się w głowie patrząc na profil trasy. To była rozsądna koncepcja przygotować się na długie spacery aby uniknąć frustracji na trasie. Pomysł okazał się dobry. Było stromo, nogi już zabite i słabe, zdecydowanie lepiej znosiły powolne, spokojne podchodzenie niż przepychanie każdego obrotu. Ogólnie atmosfera była luźna i zdecydowanie niewyścigowa. Znalazł się nawet czas na 7-minutowy postój aby pomóc jednej z zawodniczek z przetartą ścianką w oponie. Po powrocie na trasę nagle pojawiła się ochota odrobienia straty. A co tam, spróbujemy dogonić Pawła z który odjechał po moim zatrzymaniu się. Ciśniemy. No… nie bardzo… wciąż z buta ale podkręcam tempo ile się da. Po drodze najlepszy zjazd całej etapówki – Malinów. Na szczyt przedostatniego podjazdu/ podejścia docieram z odrętwiałymi łydkami. Biorę wszystko co mam w kieszeniach, żele, kofeina, magnez i lecę w dół. Został jeszcze Zameczek po asfalcie. Znam drania i wiem jak go pojechać. Daję z nóg wszystko, totalnie wszystko. Ostatnie, płaskie kilometry do mety to walka z każdym korzeniem. Odrabiam 4 minuty. Skończyłem Beskidy MTB Trophy. Dostałem koszulkę. Jestem zajebisty. ☺

Czy Beskidy MTB Trophy są tylko dla tytanów? Nie, zdecydowanie nie. Czy są trudne? Kondycyjnie na pewno tak ale to pojęcie względne. Nigdy wcześniej nie pojechałem dwóch wyścigów dzień po dniu. Nigdy wcześnie nie pojechałem takiego dystansu i przewyższeń 4 dni pod rząd. Mimo naprawdę słabej treningowo zimy, ciągłych problemów z bólem tego czy tamtego, praktycznie bez treningów siłowych na rowerze, Adam dokonał rzeczy dla mnie nie do pojęcia. Dzięki za to. Jedziemy dalej.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *